RSS

Dzieje się dzieją!

26 Lu

LogoCzyli wiedeńska Elisabeth

 

Witajcie!

Nie pisałem tu przez tak długo, bo po przygodzie w Rozrywce musiałem bardzo porządnie wziąć się za naukę, by nie zawalić studiów przez praktyki. Udało się, sesja jest już za mną i znowu mogę być Gościem w Rozrywce. Ale dziś przywitam się z Wami nie Chorzowem, a Wiedniem, w którym dane mi było zobaczyć Elisabeth – musical tak niezwykły, że aż trzeba było wymyślić dla niego osobny gatunek.

Nim zacznę rozpływać się nad genialną fabułą, niebanalnymi postaciami i ambitnym sposobem poprowadzenia całej akcji wypada podać kilka elementarnych faktów. Elisabeth to najsłynniejszy austriacki musical, a jego tytułowa bohaterka to cesarzowa Sisi. Dla wielu ludzi to imię oznacza zalanie morzem cesarsko-królewskiego lukru z kreskówek o małej księżniczce, ale w Elisabeth Sisi to kobieta silna, nieszczęśliwa i nie zawsze sympatyczna. W dodatku flirtuje ona z bardzo przystojnym Śmiercią, co niestety brzmi trochę jak Zmierzch, ale tak naprawdę Elisabeth ma rozkosznie mało wspólnego z typowym romansem paranaturalnym. „Śmierciowi” już bliżej do narodowych widm, których wysyp zdarzył się w Weselu[1].

Historyczna Sisi - tak słodka, jak się da. Ale to tylko pozory...

Historyczna Sisi – tak słodka, jak się da. Ale to tylko pozory…

Co jest takiego niezwykłego w Elisabeth? Przede wszystkim to, że to historia nie tylko Sisi, ale też jej czasów. I nie są to po prostu kolejni Nędznicy z ich ogromnością i panoramicznością – w przeciwieństwie do Les Mis „Elcia” nie tyle dzieje się w XIX w., co czyni go swoim bohaterem. Tak „naprawdę” cała historia dzieje się gdzieś w zaświatach, podczas sądu (Ostatecznego?) nad Luigim Luchenim, zabójcą Sissi. Chcąc udowodnić, że cesarzowa chciała umrzeć i tym samym, że jest niewinny Włoch powołuje na świadków jej współczesnych, którzy na nowo odgrywają jej historię. Dzięki temu „Elcia” to  na swój sposób teatr w teatrze i nie trzeba się przejmować realizmem. Jak ja to lubię…

Taka umowna konwencja pozwala udźwignąć historię o historii na skalę, jakiej nigdy nie widziałem w innym musicalu. Elisabeth nie tylko jest napakowana piosenkami o polityce, rewolucjach i intrygach bardziej, niż Les Mis, ale też nadaje im głębsze, metaforyczne znaczenie. Typową Matkę Polkę błagającą cesarza o łaskę dla syna wprowadzają na scenę Anioły Śmierci (niemi tancerze – asystenci Śmiercia) i nagle akcja nabiera alegorycznego wymiaru. A kiedy te same Anioły ubierają Sisi i cesarza do ślubu, symbolika aż się wylewa ze sceny. Zwłaszcza, że w tle dwór właśnie sobie przypomina, że tylko odgrywa minione czasy i śpiewa Alle Fragen sind gestellt (Wszystkie pytania zostały zadane) – piosenkę o tym, że świat się zużył i jego mieszkańcom wszystko jest już obojętne.

Dwór knuje przeciwko Sisi, a szachy to gra spiskowców... kolejna uroczo dziwna scena.

Dwór knuje przeciwko Sisi, a szachy to gra spiskowców… kolejna uroczo dziwna scena.

Mroczne i Mocne, ale poza tym M&M Elisabeth odznacza się też P&P – jest Pomysłowa i Przewrotna (a często M&M&P&P naraz). Gdy Lucheni opowiada o kolejnych latach małżeństwa Sisi i Franciszka Józefa, w tle lecą czarno-białe filmy z przemarszami austriackiej armii, a gdy historia nowożeńców dochodzi do ważnego punktu kinowy ekran podnosi się, a Sisi i Franz odgrywają ten przełom niejako wciąż w kinie. Gdy cesarska para koronuje się na króla i królową Węgier, a Lucheni wieszczy w tym triumf europejskiego nacjonalizmu, trębacz z orkiestry wychodzi na scenę – ot tak, bez żadnego kostiumu. Może dla podkreślenia, że nadchodzą czasy większego luzu, a może po prostu dla większego odczapizmu? W każdym razie wygląda to ciekawie. A szczytem takich eksperymentów jest Kicz – piosenka, która otwiera akt drugi. Nim podniesie się kurtyna i zacznie akcja, Lucheni wchodzi między publikę z austriacko-węgierskimi suwenirami i wciska je ludziom, jednocześnie kpiąc sobie z tego, jak tandetną legendą obrosła cesarzowa, tak naprawdę podła i samolubna. Słyszałem kiedyś plotkę, że premiera Elci w Wiedniu w 1992 r. (moja równolatka!) była reklamowana jako kolejna słodka historia o Sisi i Kicz został napisany, by wykpić to, po co publiczność przyszła do teatru. Tylko czy takim kiczowatym plotkom można wierzyć?

Przy tych wszystkich zachwytach nie jestem pewien, czy mogę polecić obecną wiedeńską inscenizację. Ogólnie podobało mi się, ale jednak miejscami byłem zawiedziony i chyba wiem dlaczego – to, co widziałem w styczniu było praktycznie przeniesieniem inscenizacji z wielkiego, operowego Theater an der Wien do nieco mniejszego Raimund Theater, a te przenosiny nie były operacją do końca udaną. Wydaje mi się, że zawiodły światła – na większej przestrzeni An der Wien (niżej linkuję do nagrania z niego) oświetlenie genialnie wszystko podkreślało i jednocześnie ukrywało niezbyt estetyczną maszynerię, ale po przeniesieniu do Raimund światla obejmowały praktycznie całą scenę i strasznie wszystko rozmywały. Przy czym problemem mogło być nie oświetlenie, a moje przeczulenie na formalne drobiazgi, bo towarzysząca mi wtedy Phea nie miała takich problemów.

Wenn ich tanzen will, czyli bombastyczna kłótnia o serce Sisi i losy Austrii. Moja ukochana scena z Elci.

Wenn ich tanzen will, czyli bombastyczna kłótnia o serce Sisi i losy Austrii. Moja ukochana scena z Elci.

Fabuła, inscenizacja, zamysł… wszystko pięknie, ale przecież na musicale chodzi się też – albo przede wszystkim – dla muzyki. Tu Elcia też ma się czym pochwalić – piosenki z niej jest naprawdę genialna, o ile ktoś lubi… połączenie muzyki klasycznej z mrocznym rockiem? Jak zawsze, gdy próbuję opisać rodzaj muzyki z jakiegoś musicalu potykam się o to, że nie potrafię nazywać gatunków. Niech więc stanie na tym, że muzyka z Elisabeth jest całkiem podobna do tej z Upiora czy musicali Wildhorna (Jekyll & Hyde, The Scarlet Pimpernel itp.), ale lepsza. Można ją też skojarzyć z Tańcem Wampirów, bo librecista – Michael Kunze – jest ten sam, choć Elcię skomponował jego stały współpracownik Sylvester Levay, a TW Jim Steinman. Z konkretnych piosenek polecam niezastąpione Ich gehör nur mir, Wenn ich tanzen will i Kitsch, które oprócz mnóstwa innych zalet mają też całkiem znośne angielskie tłumaczenia[2] – a piosenki Kunze’a są na tyle mądre, że żal linkować do nich w wersji, które mało kto zrozumie. Die Schatten werden länger to kolejna obowiązkowa pozycja, ale przekład jest paskudny jak mało który. I wreszcie główna piosenka Śmierci, Der letzte Tanz, doczekała się świetnego polskiego wykonania w świetnym tłumaczeniu. Gdyby ktoś chciał usłyszeć to na żywo, zapraszam na Broadway Street organizowany w warszawskim teatrze Rampa przez Kubę Wociala, który – żeby nie było wątpliwości – ani grosza mi nie zapłacił za tę reklamę. Zamiast tego zaprosił na koncert Pię Douwes i obiecał, że zrobi to znowu. Zadziałało lepiej, niż dowolna łapówka.

A najlepsze na koniec: dobra dusza działająca pod pseudonimem Alice18641 wgrała na Youtube Elisabeth z polskimi napisami – dziękuję i gratuluję!

 

 

Na linkowanie do niej na pewno nikt się nie obrazi, bo sam autor na swoim blogu kieruje zainteresowanych do tego samego nagrania, tyle że przełożonego na angielski.

Wspomniałem na początku, że Elcia jest tak niezwykła, że aż trzeba było dla niej wymyślić nowy gatunek, ale ten osobny gatunek – drama musical – to materiał na osobną historię. To, co już napisałem o Elisabeth dużo mówi o tym, jakie są musicale tego rodzaju, ale naprawdę warto napisać o nich więcej i obiecuję, że to zrobię – choć trudno mi powiedzieć, kiedy.

Na razie zatrzymajmy się wręcz na tym, że w Austrii dwadzieścia lat temu powstał musical inny niż wszystkie, pokazujący, że w teatrze muzycznym mogą dziać się nie tylko malutkie historie o miłości, ale też dzieje. I to wygląda genialnie, kiedy dzieje się dzieją!

 


[1] Chociaż uczciwie przyznaję, że to nie zawsze się udaje. Wystarczy, że aktorowi grającemu „Śmiercia” uderzy do głowy romantyczna fantazja, zacznie się zachowywać jak typowy Ghotycki Kochanek i z Wielkiego Dramatu Romantycznego, jakim Elisabeth może być robi się bliski krewny sagi o błyszczących wampirach. Na szczęście mi w Wiedniu zostało to oszczędzone, Mark Seibert w roli Śmierci spisał się odpowiednio nieludzko.

[2] Na punkcie Elisabeth zwariowały Niemcy, Węgry, Japonia, całe Niderlandy i nie tylko, ale jeszcze nigdy nie była grana po angielsku ani po polsku. Podobno Kunze nie chce jej wypuścić na Broadway po niesławnej klapie angielskiej wersji Tańca wampirów, ale to tylko kolejna plotka i nie pamiętam nawet, skąd ją znam.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 26, 2013 w Uncategorized

 

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: