RSS

Dance of the Vampires Jima Steinmana

Czyli wampiryczne wariactwoDance+Of+The+Vampires+th_93336_0002rbwq_122_219lo

Witajcie!

Taniec Wampirów zna, mam nadzieję, każdy*. Nie każdy wie za to, że był wystawiany na Broadwayu, ale tamta produkcja była absolutną klapą – jakaś zła siła zupełnie przerobiła libretto, zmieniając mądry ironiczny musical w komedyjkę płaską jak kartka papieru. Nigdy nie udało mi się ustalić, co właściwie było tą złą siłą – niektórzy twierdzą, że reżyser John Rando, inni, że grający Krolocka Michael Crawford (Upiór z premierowej londyńskiej obsady!) a jeszcze inni, że kompozytor i współautor angielskiego libretta, Jim Steinman – i prawdę mówiąc nie ciekawi mnie, kto był winny.

Za bardzo ciekawe uważam za to co innego – własną wersję TW, którą przy okazji tej całej awantury napisał Steinman (po co? Nie wiem.). Znalazłem kiedyś to libretto na jego stronie, która dziś już nie istnieje – wątpię, by miał coś przeciwko udostępnieniu go tutaj, a tę wersję naprawdę warto poznać. Nie mówię, że jest lepsza od tej, którą gra się w Europie – ba, nie mówię nawet, że jest dobra! Steinman to rock’n’rollowy wariat rozmiłowany w przesadzie i ogromie, nie zawsze wiedzący, kiedy powiedzieć „dość” swoim wielkim wizjom, a w dodatku „jego” libretto wydaje się pisane na bazie broadwayowskiego i zawiera wiele tamtejszych kretynizmów. Mimo tego ja wgryzłem się w nie z przyjemnością – czasami szczerą, płynącą z obcowania z Wielką Wizją, a czasami przewrotną, gwarantowaną przez kontemplowanie cudzego przesadyzmu. Ciekawe, jak Wam się spodoba to dziwowisko… Smacznego!

Dance of the Vampires Jima Steinmana 

*Jeżeli ktoś nie zna, niech da znać w komentarzu. Naprawimy to.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Marzec 5, 2013 w Uncategorized

 

Tagi: , , , ,

Jekyll & Hyde – przegląd piosenek

czyli musical z osobowością wieloraką

 

jekyll-hyde-the-musicalWitajcie!

Za kilka godzin mykam do Rozrywki obejrzeć (5. raz, a co!) Jekylla & Hyde’a i naszło mnie, żeby napisać o tym musicalu coś, co nie każdy wie, a co ja osobiście bardzo w nim lubię. Otóż: Jekyll & Hyde, podobnie jak jego tytułowy bohater, cierpi na rozszczepienie osobowości. Co prawda jego poszczególne „twarze” różnią się od siebie dużo mniej, niż Jekyll od Hyde’a, ale za to jest ich dużo więcej, niż tylko dwie – praktycznie każda produkcja tego musicalu różni się czymś od innych i nie chodzi mi tylko o inscenizację, ale też o samą fabułę – Jekyll czasami eksperymentuje dla dobra swojego ojca, a czasami dla nauki, Londyńczycy nie zawsze komentują akcję Fasadami a biskup bywa pedofilem zamiast po prostu klientem „miłych pań”.

Co z tego wynika dla przeciętnego widza? Ano to, że w żadnej produkcji J&H nie mieszczą się wszystkie piosenki napisane dla tego musicalu – niektóre nie dostają swojej sceny, inne mają w libretcie swoje „rywalki”, które pełnią w fabule tę samą rolę i wykluczają się nawzajem. Ogólnie uważam chorzowską wersję za najfajniejszą i jedyne, co bym zmienił, to wycięcie nudnego Wciąż tylko ciemność (a reżyser akurat bardzo ten wątek lubi), ale i tak brakuje mi kilku piosenek. Jest też kilka takich, za brak których dziękuję niebiosom i Michałowi Znanieckiemu. Postanowiłem więc przygotować deser dla tych, którzy w ten weekend zobaczą J&H i pocieszenie dla tych, którym się to nie uda: mini-listę Wielkich Nieobecnych i Dobrze, Że Nieobecnych chorzowskiej produkcji. Ostrzegam, że w opisach piosenek są spoilery dotyczące fabuły chorzowskiej wersji. Miłego słuchania!

 

Wielki Nieobecny #1: The world has gone insane

Piosenka, która przed broadwayowską premierą następowała tam, gdzie dziś słyszymy dużo nudniejszą Obsesję. Nie jest wcale od Obsesji mądrzejsza, ale nie jest też głupsza – a moim zdaniem po prostu brzmi lepiej.

 

Wielki Nieobecny #2: The way back

Pieśń mojej hańby i hipokryzji. Wiem, że w spektaklu nie sprawdziła by się, bo rozciąga akcję i niczego nie wnosi. Trzy ostatnie linijki w zupełności wystarczą, by oddać rozpacz doktora – a one w przeciwieństwie do całej reszty są w chorziwskiej produkcji. A jednak lubię tę piosenkę tak bardzo, że po prostu muszę uznać ją za Wielkiego Nieobecnego. Może dlatego, że kocham jej słuchać, gdy sam coś zepsuję i potrzebuję sił do naprawienia tego…

 

Wielki Nieobecny #3: Midnight

Piosenka z pierwszej płyty J&H, chyba nigdy nie była wykonywana w teatrze. Podoba mi się i bardzo mnie ciekawi, w którym miejscu fabuły miała się pojawić – podejrzewam, że zamiast Niebezpiecznej gry lub tuż przed śmiercią Lucy.

 

 

Dobrze, Że Nieobecny #1: Noone knows who I am

Smętny kawałek mający uświadomić widzom, którzy jakimś cudem tego nie zauważą, że Lucy jest w głębi dobra, czuła i romantyczna. Może po prostu kiepsko przyjmuję tego typu muzykę, ale ta piosenka wydaje mi się nudna i jednocześnie niepotrzebna.

 

Dobrze, Że Nieobecny #2: Good and evil

Brzmi całkiem nieźle i nie jest głupsze od piosenek, które przedstawiłem tu jako Wielkich Nieobecnych, ale jednak cieszę się, że Good and evil w Chorziwie nie ma. Dlaczego? Moim zdaniem umieszczanie pseudomądrej piosenki otwarcie mówiącej o dobru i złu w musicalu o Jekyllu i Hydzie spłyca cały spektakl o lata świetlne.

 

Dobrze, Że Nieobecny #3: Girls of the night

Kolejny kawałek pokazujący, jaka ta Lucy szlachetna. Ta piosenka nie jest może zła, ale przytłacza mnie jej banalność. Wychodzi na to, że jestem bardziej wrażliwy na banał w piosenkach miłych, niż mrocznych – ale chyba nie jestem pod tym względem jedyny, prawda?

 

Na koniec…

Piosenka, o której sam nie wiem, co myśleć. Według pierwotnej koncepcji Ballada miała otwierać i zamykać spektakl oraz komentować zwroty akcji, ale w końcu została wycięta i chyba nigdy nie była wykonywana na żywo. Z jednej strony wielce mnie to raduje, bo pomysł jest skalkowany ze Sweeney Todda tak wyraźnie, że to aż boli, ale z drugiej lubię takie „szeptane” piosenki o miejskich legendach i chętnie bym ją kiedyś na żywo usłyszał. Czy jest wielkim nieobecnym, czy szczęśliwie nieobecnym? Nie umiem tego rozsądzić.

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu Marzec 2, 2013 w Uncategorized

 

Tagi: , , ,

Dzieje się dzieją!

LogoCzyli wiedeńska Elisabeth

 

Witajcie!

Nie pisałem tu przez tak długo, bo po przygodzie w Rozrywce musiałem bardzo porządnie wziąć się za naukę, by nie zawalić studiów przez praktyki. Udało się, sesja jest już za mną i znowu mogę być Gościem w Rozrywce. Ale dziś przywitam się z Wami nie Chorzowem, a Wiedniem, w którym dane mi było zobaczyć Elisabeth – musical tak niezwykły, że aż trzeba było wymyślić dla niego osobny gatunek.

Nim zacznę rozpływać się nad genialną fabułą, niebanalnymi postaciami i ambitnym sposobem poprowadzenia całej akcji wypada podać kilka elementarnych faktów. Elisabeth to najsłynniejszy austriacki musical, a jego tytułowa bohaterka to cesarzowa Sisi. Dla wielu ludzi to imię oznacza zalanie morzem cesarsko-królewskiego lukru z kreskówek o małej księżniczce, ale w Elisabeth Sisi to kobieta silna, nieszczęśliwa i nie zawsze sympatyczna. W dodatku flirtuje ona z bardzo przystojnym Śmiercią, co niestety brzmi trochę jak Zmierzch, ale tak naprawdę Elisabeth ma rozkosznie mało wspólnego z typowym romansem paranaturalnym. „Śmierciowi” już bliżej do narodowych widm, których wysyp zdarzył się w Weselu[1].

Historyczna Sisi - tak słodka, jak się da. Ale to tylko pozory...

Historyczna Sisi – tak słodka, jak się da. Ale to tylko pozory…

Co jest takiego niezwykłego w Elisabeth? Przede wszystkim to, że to historia nie tylko Sisi, ale też jej czasów. I nie są to po prostu kolejni Nędznicy z ich ogromnością i panoramicznością – w przeciwieństwie do Les Mis „Elcia” nie tyle dzieje się w XIX w., co czyni go swoim bohaterem. Tak „naprawdę” cała historia dzieje się gdzieś w zaświatach, podczas sądu (Ostatecznego?) nad Luigim Luchenim, zabójcą Sissi. Chcąc udowodnić, że cesarzowa chciała umrzeć i tym samym, że jest niewinny Włoch powołuje na świadków jej współczesnych, którzy na nowo odgrywają jej historię. Dzięki temu „Elcia” to  na swój sposób teatr w teatrze i nie trzeba się przejmować realizmem. Jak ja to lubię…

Taka umowna konwencja pozwala udźwignąć historię o historii na skalę, jakiej nigdy nie widziałem w innym musicalu. Elisabeth nie tylko jest napakowana piosenkami o polityce, rewolucjach i intrygach bardziej, niż Les Mis, ale też nadaje im głębsze, metaforyczne znaczenie. Typową Matkę Polkę błagającą cesarza o łaskę dla syna wprowadzają na scenę Anioły Śmierci (niemi tancerze – asystenci Śmiercia) i nagle akcja nabiera alegorycznego wymiaru. A kiedy te same Anioły ubierają Sisi i cesarza do ślubu, symbolika aż się wylewa ze sceny. Zwłaszcza, że w tle dwór właśnie sobie przypomina, że tylko odgrywa minione czasy i śpiewa Alle Fragen sind gestellt (Wszystkie pytania zostały zadane) – piosenkę o tym, że świat się zużył i jego mieszkańcom wszystko jest już obojętne.

Dwór knuje przeciwko Sisi, a szachy to gra spiskowców... kolejna uroczo dziwna scena.

Dwór knuje przeciwko Sisi, a szachy to gra spiskowców… kolejna uroczo dziwna scena.

Mroczne i Mocne, ale poza tym M&M Elisabeth odznacza się też P&P – jest Pomysłowa i Przewrotna (a często M&M&P&P naraz). Gdy Lucheni opowiada o kolejnych latach małżeństwa Sisi i Franciszka Józefa, w tle lecą czarno-białe filmy z przemarszami austriackiej armii, a gdy historia nowożeńców dochodzi do ważnego punktu kinowy ekran podnosi się, a Sisi i Franz odgrywają ten przełom niejako wciąż w kinie. Gdy cesarska para koronuje się na króla i królową Węgier, a Lucheni wieszczy w tym triumf europejskiego nacjonalizmu, trębacz z orkiestry wychodzi na scenę – ot tak, bez żadnego kostiumu. Może dla podkreślenia, że nadchodzą czasy większego luzu, a może po prostu dla większego odczapizmu? W każdym razie wygląda to ciekawie. A szczytem takich eksperymentów jest Kicz – piosenka, która otwiera akt drugi. Nim podniesie się kurtyna i zacznie akcja, Lucheni wchodzi między publikę z austriacko-węgierskimi suwenirami i wciska je ludziom, jednocześnie kpiąc sobie z tego, jak tandetną legendą obrosła cesarzowa, tak naprawdę podła i samolubna. Słyszałem kiedyś plotkę, że premiera Elci w Wiedniu w 1992 r. (moja równolatka!) była reklamowana jako kolejna słodka historia o Sisi i Kicz został napisany, by wykpić to, po co publiczność przyszła do teatru. Tylko czy takim kiczowatym plotkom można wierzyć?

Przy tych wszystkich zachwytach nie jestem pewien, czy mogę polecić obecną wiedeńską inscenizację. Ogólnie podobało mi się, ale jednak miejscami byłem zawiedziony i chyba wiem dlaczego – to, co widziałem w styczniu było praktycznie przeniesieniem inscenizacji z wielkiego, operowego Theater an der Wien do nieco mniejszego Raimund Theater, a te przenosiny nie były operacją do końca udaną. Wydaje mi się, że zawiodły światła – na większej przestrzeni An der Wien (niżej linkuję do nagrania z niego) oświetlenie genialnie wszystko podkreślało i jednocześnie ukrywało niezbyt estetyczną maszynerię, ale po przeniesieniu do Raimund światla obejmowały praktycznie całą scenę i strasznie wszystko rozmywały. Przy czym problemem mogło być nie oświetlenie, a moje przeczulenie na formalne drobiazgi, bo towarzysząca mi wtedy Phea nie miała takich problemów.

Wenn ich tanzen will, czyli bombastyczna kłótnia o serce Sisi i losy Austrii. Moja ukochana scena z Elci.

Wenn ich tanzen will, czyli bombastyczna kłótnia o serce Sisi i losy Austrii. Moja ukochana scena z Elci.

Fabuła, inscenizacja, zamysł… wszystko pięknie, ale przecież na musicale chodzi się też – albo przede wszystkim – dla muzyki. Tu Elcia też ma się czym pochwalić – piosenki z niej jest naprawdę genialna, o ile ktoś lubi… połączenie muzyki klasycznej z mrocznym rockiem? Jak zawsze, gdy próbuję opisać rodzaj muzyki z jakiegoś musicalu potykam się o to, że nie potrafię nazywać gatunków. Niech więc stanie na tym, że muzyka z Elisabeth jest całkiem podobna do tej z Upiora czy musicali Wildhorna (Jekyll & Hyde, The Scarlet Pimpernel itp.), ale lepsza. Można ją też skojarzyć z Tańcem Wampirów, bo librecista – Michael Kunze – jest ten sam, choć Elcię skomponował jego stały współpracownik Sylvester Levay, a TW Jim Steinman. Z konkretnych piosenek polecam niezastąpione Ich gehör nur mir, Wenn ich tanzen will i Kitsch, które oprócz mnóstwa innych zalet mają też całkiem znośne angielskie tłumaczenia[2] – a piosenki Kunze’a są na tyle mądre, że żal linkować do nich w wersji, które mało kto zrozumie. Die Schatten werden länger to kolejna obowiązkowa pozycja, ale przekład jest paskudny jak mało który. I wreszcie główna piosenka Śmierci, Der letzte Tanz, doczekała się świetnego polskiego wykonania w świetnym tłumaczeniu. Gdyby ktoś chciał usłyszeć to na żywo, zapraszam na Broadway Street organizowany w warszawskim teatrze Rampa przez Kubę Wociala, który – żeby nie było wątpliwości – ani grosza mi nie zapłacił za tę reklamę. Zamiast tego zaprosił na koncert Pię Douwes i obiecał, że zrobi to znowu. Zadziałało lepiej, niż dowolna łapówka.

A najlepsze na koniec: dobra dusza działająca pod pseudonimem Alice18641 wgrała na Youtube Elisabeth z polskimi napisami – dziękuję i gratuluję!

 

 

Na linkowanie do niej na pewno nikt się nie obrazi, bo sam autor na swoim blogu kieruje zainteresowanych do tego samego nagrania, tyle że przełożonego na angielski.

Wspomniałem na początku, że Elcia jest tak niezwykła, że aż trzeba było dla niej wymyślić nowy gatunek, ale ten osobny gatunek – drama musical – to materiał na osobną historię. To, co już napisałem o Elisabeth dużo mówi o tym, jakie są musicale tego rodzaju, ale naprawdę warto napisać o nich więcej i obiecuję, że to zrobię – choć trudno mi powiedzieć, kiedy.

Na razie zatrzymajmy się wręcz na tym, że w Austrii dwadzieścia lat temu powstał musical inny niż wszystkie, pokazujący, że w teatrze muzycznym mogą dziać się nie tylko malutkie historie o miłości, ale też dzieje. I to wygląda genialnie, kiedy dzieje się dzieją!

 


[1] Chociaż uczciwie przyznaję, że to nie zawsze się udaje. Wystarczy, że aktorowi grającemu „Śmiercia” uderzy do głowy romantyczna fantazja, zacznie się zachowywać jak typowy Ghotycki Kochanek i z Wielkiego Dramatu Romantycznego, jakim Elisabeth może być robi się bliski krewny sagi o błyszczących wampirach. Na szczęście mi w Wiedniu zostało to oszczędzone, Mark Seibert w roli Śmierci spisał się odpowiednio nieludzko.

[2] Na punkcie Elisabeth zwariowały Niemcy, Węgry, Japonia, całe Niderlandy i nie tylko, ale jeszcze nigdy nie była grana po angielsku ani po polsku. Podobno Kunze nie chce jej wypuścić na Broadway po niesławnej klapie angielskiej wersji Tańca wampirów, ale to tylko kolejna plotka i nie pamiętam nawet, skąd ją znam.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Luty 26, 2013 w Uncategorized

 

Tagi: , , ,

Milady przybyła!

Czyli Pia Douwes po raz pierwszy w Polsce

Plakat reklamujący koncert.

Gość w Rozrywce tym razem pojechał w gości do Warszawy – i długo nie zapomni tego, co tam zobaczył. Wczoraj w teatrze Rampa odbył się bowiem absolutnie fenomenalny koncert musicalowy Broadway Street – the Show, zorganizowany przez samego Jakuba Wociala i goszczący sławę większą nawet od legendarnego już Kuby…

Główną gwiazdą wieczoru była Pia Douwes, jedna z najwybitniejszych europejskich aktorek musicalowych – i, prawdę mówiąc, moja ulubiona. Specjalnością Pii są role silnych kobiet, więc uraczyła nas takimi przebojami, jak All the jazz z Chicago, With one look z Sunset Boulevard czy Another one bites the dust. Oglądanie jej na żywo było naprawdę bombastyczne – Pia na scenie jest szalenie magnetyczna i pełna życia, a przy tym po prostu… miła, co czyni ją jeszcze bardziej nieodpartą. Kto nie wierzy, niech popatrzy tu, tu albo tu(tu nawet jest w kostiumie z koncertu). Chociaż oglądanie nagrań to oczywiście nie to samo…

Pia jako Mrs Danvers w Rebece.

Broadwayowskie przeboje to jednak jedynie przedsmak tego, co w Broadway Street było najlepsze. Wraz z Pią w Warszawie pojawiły się bowiem piosenki ze spektakli, które od dwudziestu lat rosną w sławę razem z nią i które trudno sobie bez niej wyobrazić. Mam na myśli drama musicals, wystawiane w całej Europie (i Japonii), arcy-eleganckie i niebanalne musicale Michaela Kunze’a – najsłynniejszego niemieckojęzycznego librecisty. W Polsce znamy i kochamy jego Taniec Wampirów, ale Pia święci triumfy w dwóch innych: Rebece i, przede wszystkim, Elisabeth, w której tytułowa rola 20 lat temu była przepustką do wielkiej kariery i dla niej, i dla Kunze’a. W Warszawie nie mogło obyć się więc bez tytułowej Rebeki, Wenn ich tanzen will, Milady ist zurück z naśladujących styl Kunze’a holenderskich Trzech Muszkieterów oraz, przede wszystkim, Ich gehör nur mir*. Słychać, jakie to cudne piosenki, prawda? Ciekawy tekst, melodia mniej popowa, niż w przeciętnym musicalu, bombastyczna, trochę mroczna i po prostu przepiękna, a do tego cudowna energia Pii – miód na moją duszę.

Pia okazała się też bardzo wdzięcznym obiektem uwielbienia. Reagowała na fanów z wdzięcznością i ciepłem, za to bez choćby śladu gwiazdorstwa. Dać się sfotografować z każdym, kto chciał mieć z nią zdjęcie (a liczba takich ludzi legion), podpisała się wszędzie, gdzie ktoś chciał mieć jej podpis i nawet zamieniła kilka zdań z wszystkimi, którzy chcieli rozmawiać. Mi udało się zapytać ją, czy może kiedyś, na wzór aktorek z japońskiej Takarazuki zagrała by w Elisabeth Śmierć zamiast Sissi. Skończyło się na żartach z tego, że wtedy Sissi grałby Kuba Wocial, ale kto wie – może się jeszcze okaże, że natchnąłem do czegoś gwiazdę?

Sanne Mieloo niestety nie pojawiła się w Rampie pod tą charakteryzacją, ale może kiedyś…

Pia to gwiazda wieczoru, wydarzenie roku i odkrycie dekady (sprzed dwóch dekad – a wciąż świeże i zachwycające!), ale reszta twórców koncertu też pokazała się ze świetnej strony. Pozostali wykonawcy, Florian Soyka i Sanne Mieloo, pokazali klasę i naprawdę czekałem na te ich piosenki, które znałem już z innych koncertów. Tancerki – Natalia Maria Wojciechowska, Ilona Gumowska i inne – też były bardzo dobre i wniosły trochę inscenizacji w koncert, który inscenizacji potrzebuje ja powietrza, bo brakuje mu prawie wszystkiego, co ma musical: scenografii, kostiumów, kontekstu… najlepszą choreografią wieczoru zdecydowanie była ta do Ostatniego Walca z Elisabeth – demoniczna, rwana, świetnie pasująca do piosenki Śmierci. Tak, Ostatniego Walca, a nie po prostu Der letzte Tanz – oprócz wszystkich innych zalet Broadway Street miało także i tą, że było po części przetłumaczone. Katarzyna Kraińska (niektórym znana jako Phea**), współautorka scenariusza stworzyła naprawdę świetny przekład Der letzte Tanz, a także piosenki Come with me z Next to normal i fragmentu Ich gehör nur mir, który Pia heroicznie zaśpiewała po polsku i zebrała za to burzę oklasków. Kasi należą się ogromne brawa za zrobienie czegoś, czego nikt do tej pory w polskim musicalu zrobić nie potrafił (bo powiedzmy sobie szczerze, dobrych tłumaczeń jest jak na lekarstwo) i trzymajmy wszyscy kciuki, by w kolejnych koncertach jej przekładów było jak najwięcej.

Najwięcej braw należy się jednak Kubie Wocialowi, który nie tylko wystąpił i był świetny, ale przede wszystkim zorganizował wszystko, zaprosił Pię, napisał scenariusz, stworzył scenografię… nawet w Rozrywce mi mówili, że zdolna z niego bestia i to się kolejny raz potwierdziło.

Czy jest na co narzekać? Chyba tylko na jeden szczególik – piosenka Die Schatten werden länger miała kiepską scenografię. Przez tiul, za którym śpiewali Kuba z Florianem nic nie było widać, a wyświetlany na nim cmentarz był ni w pięć, ni w dziewięć – tak, tę piosenkę śpiewa Śmierć, ale śpiewa o polityce, zamachu stanu, czasach schodzących na psy. Tu potrzeba nie grobów, tylko map, spisków, parlamentów, demonstracji, dynamitu…

No i mogę narzekać na to, że piosenki z musicali Kunze’a można usłyszeć praktycznie tylko u Kuby. Koncert, jak bombastyczny by nie był, do pięt nie sięga prawdziwej musicalowej inscenizacji i dałbym naprawdę wiele, by Elisabeth, Rebekę czy inny drama musical wystawił któryś teatr na R albo ten najsłynniejszy na B 😉 . Na powrót Tańca wampirów też bym się wcale a wcale nie obraził. Może teraz, kiedy Pia przybyła i tak bardzo się spodobała, coś się w tym temacie ruszy… trzymam za to kciuki i na pewno jeszcze nie raz napiszę tu o austriackich perełkach.

Krótko mówiąc, Was für ein Triumph!


* Pia śpiewała te piosenki po niemiecku, ale musicale Kunze’a mają naprawdę ciekawe teksty i straszna szkoda ich nie rozumieć, więc gdzie się da linkuję do jej angielskich nagrań. Przy Wenn ich tanzen will się nie da, ale znam amatorskie tłumaczenie bardzo uzdolnionych fanów: When I want to dance. Angielskiej Milady nie ma po prostu nigdzie.

** Co należy czytać właśnie Phea, a nie np. Fia. Historia tego pseudonimu jest długa, fajna i – co mnie do dziś dziwi – nie ma nic wspólnego z Pią.

 
22 Komentarze

Opublikował/a w dniu Listopad 26, 2012 w Uncategorized

 

Tagi: , , , ,

Nie-recenzja Producentów

Czyli myśli… przyszłego przyjaciela teatru?

Po dłuższej przerwie na ogarnięcie życia blog odżywa. Liczyłem, że wskrzeszę go wcześniej, ale studia i własne próby do spektaklu (grałem w Korezie, ha!) zajęły mi dużo czasu.

Chór jurnych staruszek – tak wulgarny, że nawet wymawiając jego nazwę łatwo zakląć…

W ubiegłą sobotę wybrałem się na Producentów. Widziałem ich już raz, ale to było dawno i nieprawda, o musicalach wiedziałem pięć razy mniej niż teraz a Znaniecki (tak, Producentów też reżyserował) mylił mi się z Wildhornem, czyli autorem Jekylla & Hyde’a. Po prostu musiałem zobaczyć ich raz jeszcze, tym razem znając aktorów i poglądy reżysera na robienie musicalu.

Plan był prosty i elegancki – tydzień po premierze Our House wybieram się na OH jeszcze raz i recenzuję je tu z krytycznym dystansem, wszyscy lubicie tę recenzję, mija kolejny tydzień, ja recenzuję Producentów i tak zaczyna się poOHowe życie mojego bloga. Jak jednak łatwo zauważyć, obiecana recenzja OH w końcu się nie pojawiła i cały plan wziął w łeb. Okazało się po prostu, że ja już niczego w Rozrywce nie mogę zrecenzować, a OH najmniej – żadnego krytycznego dystansu nie było, wciąż czułem, że to „mój” musical. Jedyna różnica polegała na tym, że siedząc w loży miałem idealną pozycję do ogarnięcia gospodarskim okiem wszystkiego – z orkiestrą włącznie – i ocenienia, czy wszystko, nad czym pracowaliśmy przez te prawie dwa miesiące prób, wciąż jest. Wciąż jest, a mnie to bardzo cieszy. Maciek Pawlak i Wiola Machlar byli świetni w głównych rolach. Maciek miał jeszcze więcej energii, niż podczas prób, a to wydawało się niemożliwe, bo on nawet stać potrafi nerwowo. I w sumie tylko tyle mogę powiedzieć o całym spektaklu, bo reszta obsady była taka sama, jak na premierze.

Nie miałem więc o czym pisać i miałem nadzieję, że przynajmniej Producentów potraktuję bardziej krytycznie. Marzenia ściętej głowy. Najbardziej mnie obchodziło to, że znajomi (a nie tylko znani) aktorzy grają świetnie do nich pasujące postaci, Ania Szymczak jest jurną staruszką – nigdy bym nie pomyślał, że to ona! – a Seba(stian) Ziomek wreszcie dostał w Rozrywce główną rolę i radzi sobie rewelacyjnie.

No i to, że to sztuka Znanieckiego i jest w niej wszystko, co było fajne i w Our House – każda drobna postać ma charakter i historię, na scenie ciągle się coś dzieje a cała inscenizacja jest bardzo spójna i konsekwentna. Tym razem to nie Miejska Legenda, a Sen o Show-biznesie, ale reguła jest ta sama – bierzemy wszystko, co kojarzy się z taką konwencją i wykorzystujemy to bardzo pomysłowo i, na szczęście, nie zawsze dosłownie. Staruszki, z których Białystok doi forsę wychodzą na scenę z sejfów,  firma-moloch zamienia się w rewię z panienkami ubranymi w liczydła, olany przez wspólnika kanciarz ląduje w celi pełnej pisuarów… szkoda tylko, że Producenci są bardziej realistyczną historią, niż Our House czy Jekyll & Hyde – naprawdę imponuje mi wyobraźnia Znanieckiego w scenach umownych i metaforycznych, a tu takich jest mało. Tęsknię za lumpem, który przechodząc przez otwór w graffiti staje się sędzią.

Ale z drugiej strony pod pewnymi względami scenografia podobała mi się bardziej od OHowej. Tamta była cudna, jednak jak na mój gust zbyt płaska – przez podział na świat Dobrego i Złego Maxa większość jej elementów była po prostu szerokimi na całą scenę prostokątami. W Producentach było więcej tego, co lubię, czyli trójwymiarowości. Kiedy drzwi zamocowane na scenie obrotowej stworzyły gmach teatru wespół ze spuszczoną z góry ścianą, poczułem się estetycznie nakarmiony na dobre kilka dni.

O, jednak coś jakby recenzja przebiło spod mojego potoku ochów i achów. Ale na pewno nie jest to typowa ocena sztuki, raczej gawędzenie kogoś przychodzącego do teatru sprawdzić, co tym razem przygotowali starzy znajomi. Wygląda na to, że recenzentem Rozrywki nigdy już być nie mogę. Co najwyżej za jakiś czas, po wielu kolejnych wizytach w R i tekstach o niej na tym blogu, będę mógł się tytułować Przyjacielem Teatru – na szczęście, bo to funkcja o wiele zaszczytniejsza od krytyka.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu Listopad 21, 2012 w Uncategorized

 

Tagi: , , , ,

Co dalej z Gościem?

Witajcie!

Moje praktyki skończyły się wraz z premierą Our House’u, ale to nie koniec tego bloga. Na kilka dni musiałem dać sobie z nim spokój, bo bycie w Rozrywce po kilkanaście godzin dziennie przez dwa miesiące sprawiło, że mam spore zaległości na studiach i, ogólnie rzecz biorąc, w życiu. Za kilka dni wybiorę się jeszcze raz na OH i wrzucę tu kolejną recenzję, tym razem napisaną na spokojnie i z większego, kilkudniowego dystansu od całej tej przygody. Postaram się też opisać, jak w ogóle trafiłem do Rozrywki, bo to ciekawa historia – ale jeszcze nie wiem, ile mi wolno zdradzić.

Potem znowu zamilknę na kilka dni odrabiania ćwiczeń i odbudowywania znajomości, a potem zacznę tu regularnie pisać o Rozrywce i musicalach w ogóle. Wpisy o Our House nie znikną i zawsze będą dobrze widoczne.

Bardzo Wam dziękuję za wchodzenie tu przez ten miesiąc, czytanie o życiu Rozrywki i komentowanie go. W szczególności dziękuję komentatorom, którzy pojawili się tu kilka razy: Dabie, Phei alias Horyportier, Painkiller i Floppy – było mi strasznie miło, że tu wracacie. Floppy, mam nadzieję, że Franiu w kilku odsłonach Cię nie zawiódł 😉 Ja byłem nim zauroczony.

Bardzo dziękuję też Pani Jolancie Król, dyrektorowi literackiemu Rozrywki, dzięki której link do tego bloga trafił do programu Our House. Naprawdę świetnie było go tam zobaczyć!

Do napisania wkrótce!

 
8 Komentarzy

Opublikował/a w dniu Listopad 1, 2012 w Uncategorized

 

Tagi: ,

Miejska Legenda

Czyli prawie recenzja

Tutaj właśnie jest nasz dom!

            I stało się – premiera już za nami! Wszystko poszło świetnie, choć trudno pisać mi o wrażeniach, skoro bardzo dobrze wiedziałem, czego się spodziewać. I, niestety, siedziałem na gorszym miejscu, niż na próbach generalnych.

             Z tych samych powodów nie śmiałbym napisać recenzji – zwłaszcza, że  w jakimś minimalnym stopniu odpowiadam za najnowsze dziecko Rozrywki. Ale wreszcie mogę napisać, czym dla mnie jest Our House, jak prezentuje się od kilku dni, odkąd zapięliśmy na ostatni guzik światła, dekoracje i kostiumy. Ci, którzy jeszcze nie widzieli spektaklu, lepiej niech tego nie czytają.

             Our House to Miejska Legenda przez duże M i L, londyńska bajka opowiedziana z wielkim rozmachem i bardzo pomysłowo. Scenografia z początku wydawała mi się trochę nijaka, ale gdy pojawiły się światła i kostiumy, zakochałem się w całej inscenizacji i chyba zrozumiałem, jaki zamysł się za nią kryje.

             Our House czerpie ze wszystkiego, czym żyje współczesne miasto. Rozgrywa się na popisanej graffiti stacji metra, która gra też sąd, poprawczak, rozmaite firmy… Czasami akcja przenosi się w miejsca ważne, piękne, bogate – Las Vegas czy biuro dewelopera, ale też rodzinny dom Maxa. Te fragmenty dzieją się w głębi metra jak reklamy puszczane na wielkim ekranie, a z przodu sceny prawie zawsze jest ktoś, kto ogląda ją razem z nami. Zasadniczy cel tego zabiegu jest oczywiście taki, żeby rozdzielić dwie równoległe historie dwóch Maxów, ale ten podział strasznie fajnie pasuje do historii o Mieście – tu szarzy ludzie w szarym metrze, tam American dream na ekranie.

             Genialnie komponują się z tym postaci drugoplanowe. Każda z nich pojawia się kilka razy, w różnych rolach i wyraźnie widać, że to nie jest kilka osób granych przez jednego aktora, a właśnie jedna postać przybierająca różne maski. Jak to w mieście: nie można się za bardzo przywiązywać do jednego zawodu, przecież z każdym rokiem pracę zmienia się coraz częściej. Jednocześnie dzięki temu w Our House są drugoplanowe postaci, ale nie ma drugoplanowych aktorów. Ci, którzy pojawiają się na scenie rzadziej, nadrabiają różnorodnością swoich występów.

             Chyba już się wyjaśniłem z tego, że Miejska, ale właściwie czemu Legenda, a nie po prostu Opowieść? Z kilku względów. Po pierwsze i najważniejsze, fabuła Our House’u jest zupełnie fantastyczna i pozostanie taka, dopóki nauka nie nauczy się rozdwajać ludzi[1]. Do tego dochodzi duch Ojca, który niby tylko komentuje akcję, ale w kilku ważnych momentach zdarza mu się interweniować. W dodatku inscenizacja bywa umowna i bardzo odległa od realizmu. Świat korporacji reprezentują panie z absurdalnym, spiczastym biustem służącym chyba do wykuwania oczu męskim szowinistycznym wieprzom. Żebrak otwiera sobie okienko w środku graffiti, wchodzi przez nie, znajduje tam togę i ubierając ją staje się sędzią. Max składa udawany samochód z kosza na śmieci, krzesła z peronu i świateł, a podczas „jazdy” jego dzieło nagle staje się statkiem z Gwiezdnych Wojen. To nie tylko tworzy świetną całość estetyczną, ale też pasuje do teatru, który przecież zawsze jest choć trochę umowny. Chyba nigdy nie widziałem na scenie lepiej zrobionego miasta.

 To zresztą wydaje mi się atut wszystkich spektakli Znanieckiego – jego Jekyll & Hyde równie pomysłowo wykorzystywał kanoniczne elementy powieści gotyckich, a Producenci – obiegowe wyobrażenia o show-biznesie. Zawsze wszystko jest bardzo plastyczne, bardzo ciekawe i jednocześnie bardzo konsekwentne.

             A wady? Też są, oczywiście – i tak naprawdę już o nich napisałem, nie pisząc nic o fabule. Historia Maxa trąci banałem, a jego rozdwojenie nie prowadzi widzów w głębiny duszy ludzkiej, będąc głównie pretekstem do niemożebnie szybkich przebiórek i innych efektownych niespodzianek. Na szczęście aktorzy nadrabiają jak mogą dzięki historiom, które wymyślili z pomocą reżysera, ale konfrontacja wciąż trwa i niestety scenariusz czasami wygrywa ze swoimi wykonawcami. Mimo tego całość prezentuje się bardzo dobrze.

             W Rozrywce na pewno zdarzały się spektakle głębsze i mądrzejsze, ale dawno nie widziałem gęstszego – bardziej naładowanego akcją, zmianami i smaczkami. Na pewno jeszcze się na niego wybiorę, choćby i dlatego, że nie sposób śledzić na raz gry wszystkich aktorów, a każdy ciągle robi coś ciekawego.

            A jak się Wam podobało?


[1] Chociaż według niektórych teorii jest doskonale realistyczna, bo przy każdej decyzji powstaje tyle nowych światów, ile wyborów można było podjąć – a my po prostu podglądamy dwa z nich.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu Październik 28, 2012 w Uncategorized

 

Tagi: , , , ,